iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Nowe porządki, czyli o powrotach do rzeczywistości

Można powiedzieć, że to już prawie koniec. Tak - mój roczny wolontariat we Lwowie właśnie dobiega końca. Dni uciekają nie wiedzieć kiedy, obowiązków - choć nigdy nie było ich dużo, jest już całkiem mało. 

Największym wydarzeniem minionego tygodnia były oczywiście wybory prezydenckie. Jakby inaczej. I choć przewidziana jest jeszcze druga tura, to i tak już wiadomo, kto wygra. Dzwoniłam do znajomych dziennikarzy pisząc artykuł do Polski na ten temat, i wszyscy byli skonsternowani. Jak to tak, pro zachodni Lwów przegrał ze wschodem? Przegrał tak naprawdę z biedą, w jaką dużo osób popadło w czasie wyborczego roku pod znakiem kryzysu gospodarczego. W pięć lat po Pomarańczowej Rewolucji, do władzy prawdopodobnie dojdzie przewodniczący sztabu wyborczego obalonego w czasie rewolucji Leonida Kuczmy. Dziwne? Raczej nie, bo do głębokiej rewolucji w umysłach mieszkańców jest jeszcze daleko.

Tymczasem, tak sobie myślę, że w tej części świata, w tym dziwnym i wielkim kraju, nigdy nie będzie normalnie. Czyli, po zachodniemu. I bardzo cieszy mnie ten fakt, choć może mieszkańcom żyłoby się prościej w ucywilizowanej w stylu zachodnim Europie. Gdzie panują przejrzyste reguły i dobrobyt - a przynajmniej, bez większego trudu można zdobyć narzędzia potrzebne do jego osiągnięcia.

Jednak Europa Wschodnia to zupełnie inny świat. Mieszkając w Polsce, wydaje się nam, że cały świat jest taki sam - uporządkowany, przewidywalny i bajecznie oczywisty i wszyscy jesteśmy wielką Unią Europejską. Ale życie niejednokrotnie nas zaskakuje. Możemy nie lubić nie dającego się okrzesać wchodu, a on i tak będzie sobie istniał. Co jakiś czas, w skandalach politycznych, fałszowanych wyborach, czy podczas Mistrzostw Europy w 2012 roku. Zawsze będzie się dobijał do naszej świadomości, wywołując zachwyt albo konsternację. Bo właśnie taki dualizm jest mu pisany – bez umiaru się go lubi albo potępia.

A ja - choć podjęłam już starania o to, aby po powrocie znaleźć pracę i kąt do życia, będę tęsknić za tym wariactwem. Choć z nieskrywaną ulgą myślę o tym, że mój kraj leży w zachodniej (z tej perspektywy) części Europy, to podświadomie czuję, że to się mogło zmienić przez ten rok. Może to zwyczajne wygodnictwo, a może po powrocie okaże się coś innego? Nie mogę tego jeszcze ogarnąć, że został mi mniej niż tydzień do odjazdu...

Komentarze (5)
Świąteczna karma

Po kolacji wigilijnej, na stole zostają wszystkie potrawy – bo gdy tylko skończy się wieczerza, do chaty przychodzą zmarli i również się posilają. Tak, że duch przeszłości ciągle wypełnia mury wielu ukraińskich chat. A goście? Przecież zawsze są mile widziani.

Przyjechałam do Pustomytów, jak do pewnego rodzaju zjawiska z pogranicza etnografii i antropologii. Z jednej strony to miasteczko położone raptem 25 minut od Lwowa, wielkiej spuścizny najpierw polskiej, a obecnie ukraińskiej myśli. Ale już od strony tradycji, to miasteczko w większości zamieszkane przez przesiedleńców z Polski, gdzie trudno mówić o wyłącznie ukraińskim lub polskim pochodzeniu jego mieszkańców. Prawdziwa mieszanina historii i obyczajów.

Pewnego dnia, wzięłam od wujka numer telefonu i zadzwoniłam. Następnie, odbyłam dwie kurtuazyjne wizyty. I nagle (choć to raczej dla mnie było zaskoczeniem), nadeszły ukraińskie święta. Po krótkim namyśle stwierdziłam, że grzechem byłoby nie skorzystać z zaproszenia. I poznać kawałek historii swojej rodziny.

Dobry hospodar

W czasie, gdy gospodarz nalewa do kieliszków wódkę, gospodyni krząta się w kuchni odgrzewając świąteczne potrawy. I tak wszyscy zasiadają za stołem i wznoszą kolejne toasty, za spotkanie, za zdrowie i co tylko im podpowie intuicja. W tym samym czasie, część gości zaczyna kolędowanie. Jak normalne przyśpiewki, tylko tym razem kolędy, śpiewać zaczyna jeden gość. Po jakimś czasie, spontanicznie dołączają do niego następni, albo ktoś inny przejmuje pałeczkę. Jednocześnie, gra telewizja, rozmawiają i śpiewają goście.

Ale czasem nawet kolędy bywają smutne. O tym, aby Bóg obronił swój naród, któremu trudno się żyje, także śpiewa się w czasie świąt. Jednym z dyżurnych tematów są również targi. O to, gdzie i kiedy można było kupić tańszą żywność albo przyodziewek. Świąteczne choinki – sztuczna czy prawdziwa? Obie, tak samo drogie. Święta i rodzinne spotkania jednak upływają w bardzo wesołym nastroju. Tylko wódka – jak przez mgłę, każe roztrząsać codzienne problemy. Do czasu, aż ktoś wzniesie toast za to, że tym razem wszyscy mogli się spotkać. I za to, żebyśmy byli dalej.

A już niebawem kolejny Nowy Rok.

Komentarze (2)
Sabat i inne cuda,czyli karpackie tradycje (przed)świąteczne

 Tradycyjny kalendarz karpacki pełen jest wierzeń i zabobonów. Zgodnie z nim, 13. grudnia, w dzień św. Łucji wypadał Sabat..W polskich Karpatach wierzono, że to Babia Góra stanowi miejsce spotkań czarownic. Ale poza Polską, zwyczaj ten był powszechny w wielu innych karpackich krajach, możliwe, że również na Ukrainie, na której roi się od wierzeń i przesądów.

Siedliskiem czarownic były całe Karpaty, a więc także te ukraińskie. Widok na ośnieżonego Popa Ivana (zdjęcie z kwietnia tego roku).

Wedle tradycji, od tego dnia, górale lepili 12 śnieżnych kulek obserwując, jak szybko topnieją. W ten sposób określali pogodę na cały następny rok. I tak każdy z dni poprzedzających Wigilię stanowił odpowiednik miesięcy w następnym roku. Przez wszystkie te dni można było się spodziewać czarownicy w zagrodzie albo złej wróżby.

Łemkowie tego dnia, ścinali gałązkę wiśni darując ją każdemu domownikowi. Według wierzeń, komu ona zakwitła na „Swiatyj Wieczer” tj. na Wigilię, ten w nadchodzącym roku miał zapewnione szczęście.* 

Od 13. grudnia, górale karpaccy przygotowywali się do Wigilii. Obserwowali pogodę, panny wróżyły przyszłe zaręczyny i wiele, wiele innych, aż do samej wieczerzy.

25. grudnia – w dzień zwycięstwa światła nad ciemnością, znikały wszystkie złe demony. Lub poprostu, opadała przedświąteczna gorączka =). Tym samym, uroczyście otwieram listę życzeń na Nowy Rok!

(Część informacji zaczerpnięta ze strony Stowarzyszenia Olszówka: http://olszowka.free.ngo.pl/st_mlod.htm)

Komentarze (2)
Euro2012 jednak we Lwowie

 UEFA ogłosiła, które miasta w Polsce i na Ukrainie będą gospodarzami Mistrzostw Europy w 2012 roku. Mecz otwarcia zostanie rozegrany na Stadionie Narodowym w Warszawie 8. czerwca, natomiast Kijów będzie przyjmował 1.lipca mecz finałowy.

Bilboard o Euro2012 na jednej z kamienic w Charkowie.

O tym, że sytuacja do końca była niepewna, informowały polskie media, które prześcigały się w spekulacjach na temat tego, które z polskich miast rezerwowych, zastąpi dwa ukraińskie miasta, w tym Lwów. 

Ten ostatni, w przygotowaniach infrastruktury wypada zdecydowanie najgorzej. Od początku roku pojawiają się też nowe-stare problemy z budową stadionu, który w całości finansowany jest ze środków budżetu miasta.

Aktualnie, wstrzymano prace budowlane na następne trzy miesiące. Władze jednak jak mantrę powtarzają, że zdążą ze wszystkim. 

Tymczasem, stadion w Kijowie jest już przebudowywany.

Donbas Arena w Doniecku przyjmuje już mecze.

Skończony stadion w Charkowie naprawił uchybienia, jakie ostatnim razem zarzuciła mu EUFA.

Tylko Lwów wśród ukraińskich miast na Euro2012 pozostaje w ogonie przygotowań.

Po roboczej wizycie w maju tego roku, UEFA zwróciła uwagę na niewystarczającą infrastrukturę hotelową oraz będące w kiepskim stanie lotniska. Termin naprawienia uchybień przedłużono do końca listopada.

W ogłoszonym przez Komitet Wykonawczy UEFA werdykcie, miasta które będą gospodarzami na Euro po stronie ukraińskiej to Kijów, Lwów, Donieck oraz Charków. W Polsce, będą to odpowiednio Warszawa, Gdańsk,Wrocław oraz Poznań. 

Spośród wszystkich spotkań, które zostaną rozegrane się w ramach Euro 2012, 15 z nich odbędzie się w Polsce, a 16 na Ukrainie.

Komentarze (3)
Kampania wyborcza na Wschodniej Ukrainie

Od jakiegoś czasu, ukraińskie media mówią o nowej odmianie grypy. Już nie o świńskiej ale o politycznej grypie. Bo jak inaczej nazwać próbę przeniesienia wyborów na wiosnę (rzekomo z powodu kwarantanny), które mimowolnie wydłużyłyby i tak skróconą kampanię wyborczą?

Jedna z niezależnych ukraińskich telewizji-kanał 5, od jakiegoś czasu prowadzi społeczną kampanię o tym, ile osób w Ukrainie co roku umiera nie na świńską grypę, ale z powodu braku dostępu do profilaktycznych badań i podstawowej opieki medycznej. Umierają na raka, cukrzycę i wiele innych chorób. Nic gorszego niż odwracanie uwagi od najistotniejszych problemów kraju Ukraińców już nie dotknie.Wśród wyborczych bilboardów jest ulica. Czasem, mimowolnie krzyżują się ze sobą w kadrze codzienne życie mieszkańców i wyborcze obietnice. 

 

Nowa industrializacja to hasło wyborcze Arsenija Jaceniuka - jednego z kandydatów na prezydenta Ukrainy.

Przemysłowa częsc Doniecka. 

Mieszkanka tej cześci Doniecka, nie mówiąca w ogóle po ukraińsku.

Biedniejsza część miasta.

20 lat dotrzymujemy słowa - Borys Tarasjuk.

Podwórze jednego z przyfabrycznych osiedli.

Chcecie jeszcze 5 lat takiego zycia?

Komentarze (1)
Jak Ukraina zmaga się z grypą?

Za czym kolejka ta stoi*

We Lwowie chaos i panika. Ukraina walczy z epidemią. Muszę przyznać, że trochę wystarszona takimi komunikatami, po raz pierwszy bałam się przekroczyć granicę z Ukrainą. W autobusie na 51 miejsc dla pasażerów, zajętych było 12. Ale musiałam wrócić szybciej niż nakazywał to rozsądek ... o ironio, żeby pójść do tutejszego szpitala. To co tam zobaczyłam, nijak miało się do moich obaw. Maski noszą lekarze, niektórzy pacjenci. Średnio połowa osób tam obecnych w jakiś sposób próbuje się izolować od wirusa zmnieszając ryzyko zarażenia.Zakładają chusty i szaliki. Na ulicach, odsetek ten jest jeszcze niższy.

Na co w kolejce tej czekasz?

Panika jest w telewizji. Za to mieszkańcy, handlarze i kierowcy miejscowych marszrutek twierdzą, że to tylko niepotrzebne spekulacje. To z kolei zdaje się potwierdzać personel medyczny jednego z lwowskich szpitali. Zdaniem jednej z pielęgniarek, większość zachorowań z jakimi przychodzą pacjenci to zwykła grypa sezonowa.

Na wyobraźnię działąją liczby. Z danych ukraińskiego ministerstwa zdrowia, na dzień 6. listopada, wirus świnskiej grypy został wykryty u 32 chorych, z których 14 zmarło. W tym samym raporcie wskazano, że na inne rodzaje grypy i związane z nią powikłania zmarło dotychczas 109 osób.

Co kupisz, gdy dociśniesz się wreszcie?

Choć dane mogą być uspakajające, to jednak liczba chorych na grypę ciągle wzrasta. Niepewny rozwój sytuacji oraz brak odpowiedniej ilości lekarstw w aptekach dają rezultaty. Ludzie się boją. Sytuacja wręcz wymażona dla agitatorów, kampanii wyborczej. Czasu nie traci premier Julia Tymoszenko, która zbija kapitał polityczny. Dowozi lekarstwa do szpitali, powołuje sztab kryzysowy który kontroluje apteki, w których trwa spekulacja cenami leków. O premier Tymoszenko ciągle się mówi, ciągle się ją widzi. Na bilboardach i w mediach. Inni działacze partyjni również wykorzystują sytuację i tak np. rozdają mieszkańcom Lwowa maseczki pochodzące z darów od Polski. Każdy próbuje na tym ugrać coś dla siebie.

Co przyniesiesz do domu?

Największym problemem jest strach i informacyjny chaos. Sprzęt jakim dyspnują Ukraińcy w wykrywaniu wirusa w większości pochodzi z darów od innych krajów, w tym od Polski. To pokazuje, jak nieprzygotowana była Ukraina do jakiejkolwiek epidemii. Premier Rosji Władymir Putin obiecuje premier Julii Tymoszenko pomoc z walką z grypą poprzez przesłanie 200 tysięcy sztuk rosyjskiego odpowiednika leku na grypę.

Tymczasem, 9. listopada według danych z ukraińskiego ministerstwa zdrowia, liczba ofiar grypy wynosiła już 155 osób. A 48 tysięcy jest hospitalizowanych. W sumie, od 29. października, na różnego rodzaju wirusy grypy i na zapalenie płuc w całym kraju zachorowało już prawie milion osób.

Śródtytuły pochodzą z wiersza Ernesta Brylla "Za czym kolejka ta stoi?"?

Komentarze (2)
Wielcy nieobeni 1. listopada we Lwowie i w Bieszczadach

Czyli o grypie i panice, jaką zebrała. Śmiertelność, zdaniem głównego inspektora sanitarnego w Polsce jak dotąd, jest porównywalna w sezonie zachorowań na grypę (z punku widzenia liczebności społeczeństwa). Do tego, rząd ukraiński na razie nie wprowadził dokładnej kontroli, która wykazałaby, ile naprawdę zachorowań to przypadki świńskiej grypy, a ile to zwykła grypa..

Powodem do niepokoju jest natomiast brak leków w aptekach, maseczek i coraz większa panika wśród mieszkańców wywołana brakiem informacji. Niewydolna od dawna służba zdrowia i większość szpitali w Ukrainie, w tym we Lwowie, przeżywają prawdziwe oblężenie.

A w tym czasie, Polska i Niemcy jak dobrzy sąsiedzi, chcący przy okazji uniknąć ekspansji epidemii na swoje terytorium, wysyłają już pomoc humanitarną dla Ukrainy.

My natomiast (jako wolontariusze pracujący głównie w szkole), czekamy w Polsce na unormowanie sytuacji. Przedłużyliśmy urlopy, które dostaliśmy na odwiedzenie grobów bliskich.

Na kilka dni przed wyjazdem, udałam się na cmentarz łyczakowski, zapaliłam świeczkę Ordonowi, a następnego dnia, pojechałam w polskie Bieszczady (skąd dobiegła mnie informacja o grypie). W Łupkowie, maleńkiej miejscowości w Bieszczadach odwiedziłam także ukraińskie - albo może raczej łemkowskie uroczysko.

Jedna z płyt na cmentarzu łyczakowskim

Praktycznie, w każdych zaroślach znajdzie się coś zapomnianego

Rzeźby na cmentarzu łyczakowskim

Cmentarz łyczakowski to duży kawałek polskiej historii, na którym pochowano wielu przedstawicieli polskiej inteligencji oraz szlachty.

Czasem, warto się na chwilę zatrzymać..

Ukraińskie/łemkowskie uroczysko nieopodal schroniska w Starym Łupkowie w Bieszczadach.

Czas zaciera informacje o tym, kim byli/są łemkowie oraz dawni mieszkańcy Bieszczad (sami określający swoją narodowość jako Galicjanie).

Pomniki na uroczysku

Nie wszystkie nagrobki zachowały się w formie nagrobnych płyt.

Bieszczady przez wieki zamieszkiwane były przez ludzi różnych narodowości związanych z ziemią.

1-ego listopada na uroczysku również zapłonęły znicze.

Komentarze (5)
Polska-Ukraina-Rosja, czyli konkurs na najlepszego sąsiada

Według przeprowadzonego na Ukrainie sondażu - zdaniem co czwartego Ukraińca, najbardziej przyjaznym dla nich krajem jest Polska.  Co piąty, wskazał Rosję.

Nie ma w tym nic zaskakującego, jeśli spojrzeć na to z perspektywy wspólnych rozgrywek piłkarskich w ramach przygotowań do Euro 2012. A także, wsparcie Polski dla Ukrainy w trakcie Pomarańczowej Rewolucji.

Ale o tym, że nie jest to łatwe sąsiedztwo, świadczą pojawiające się co jakiś czas w mediach, skandale przy granicy. Coraz częściej urosłych na bazie nieporozumienia w kwestii wspólnej przeszłości. Ukraińcy nie rozliczyli się ze swoją przeszłością, nie potrafią obiektywnie i metodologicznie (bez pietyzmu i nostalgii) mówić o swojej historii,w której są także gorsze chwile.

Ten ostatni czynnik zdaje się być dobrą kartą przetargową w trakcie trwającej na Ukrainie kampanii wyborczej.

Bandera, Szuchewycz - bohaterowie narodu! Oni walczyli za naszą wolność! Zdjęcie z manifestacji w Kijowie (analogiczna odbyła się tego samego dnia we Lwowie). Marsz pamięcu Ukraińskiej Armii Powstańczej

Wszechukraiński Sojusz Sowieckich Oficerów. Manifestacja partii komunistycznej na Majdanie Nezależnosti w Kijowie 

Ukraińcy są ze sobą zgodni tylko w jednej kwestii - dotyczącej niezależności swojego kraju. Każdy jednak ma inną koncepcję na "niezależność". A sentymenty, podobnie jak kłopoty z Rosją, są ciągle silne i duże.

Drugim po Polsce najbardziej przyjaznym krajem w badaniu socjologicznym "Pięć faktów o Ukraińcach" jest Rosja. I to zdaje się potwierdzać, trwająca obecnie na Ukrainie kampania wyborcza na prezydenta.

W badaniu uwzględniono preferencje w zachodniej Ukrainie, w której Polskę jako najbardziej przyjazny kraj wskazywało 29 procent mieszkańców. Na wschodzie, odpowiednio o 6 procent mniej.

17 procent wszystkich ankietowanych wskazało na Rosję, która znalazła się na drugim miejscu, wśród przyjaznych Ukraińcom państw. Odwrotnie niż w przypadku Polski, na Rosję najwięcej osób (23 procent)  głosowało na wschodnie kraju. A w zachodniej Ukrainie, było to zaledwie 9 procent..

Komentarze (7)
Relacja z wyprawy do Kosowa

Obraz Kosowa w mojej głowie nie wychodził poza sztywne ramy stereotypów. W jakim może być stanie kraj, w którym 10 lat temu skończyła się wojna? Po przekroczeniu granicy, z okien nie było widać żadnych śladów walki. Przed nami rozciągały się wielkie niezagospodarowane przestrzenie, na których nikt nie uprawiał ziemi na większą skalę. Otoczyła nas pustka, czasem przecinana osamotnionymi fabrykami wyglądem sprawiające wrażenie jakby znalazły się tam przypadkiem.

Moje rozważania przerwał głos celnika, który wszedł do naszego autobusu na macedońskich rejestracjach. Gdy lekko przestraszona wyjmowałam paszport, on z bezbłędnym angielskim i miłym uśmiechem zapytał, jak się mam? Właśnie przekroczyłam granicę, która nie wiadomo czy istnieje. Całkiem oszalałam.

Dojechaliśmy do Prisztiny, w której ciasno, jedna obok drugiej stały nowoczesne budowle. Pomyślałam, że właśnie tak może wyglądać miasto, które w ponad dziewięćdziesięciu procentach zostało zniszczone przez wojnę. Nie było w nim nic starego.

Aliego spotkałam jeszcze na dworcu w Skopje, potem po raz drugi w Prisztinie. Gdy czekaliśmy na przyjazd naszego autobusu, opowiadał o tym, jak opuścił Kosowo w czasie wojny, następnie w Londynie otworzył kilka myjni samochodowych. Od tego czasu mieszka tam na stałe, a do Prisztiny przyjeżdża na wakacje odwiedzić bliskich i doglądać interesów.

Czasu do przyjazdu naszego autobusu ubywa, więc pytam się o to, jak bezpiecznie przekroczyć granicę Kosowa z Serbią. Ali bez żadnego grymasu na twarzy odpowiada, że tylko Kosowscy Albańczycy nie są wpuszczani do Serbii, która nałożyła na ich kraj sankcje za swoje separatystyczne tendencje. Kontynuuje swoją opowieść o tym, jak rozdzielone pomiędzy dwa kraje albańskie rodziny już się połączyły. Albo to Serbscy krewni, którzy nie mają problemu z wjazdem do Kosowa, odwiedzają bliskich. Ali jest Albańczykiem ale rozmawia ze mną po polsku, którego nauczył się od Polaków przyjeżdżających do niego do Londynu po pracę.

W Kosowie odwiedzamy jeszcze Mitrovicę, która ze względu na bliskość od granicy z Serbią, w czasie walk o niepodległość znalazła się na pierwszej linii frontu, ostrzelana i doszczętnie zniszczona. Mitrowica inaczej niż odbudowana Prisztina, nosi jeszcze ślady wojny, odczuwa się tu także powagę miejsca, w którym się znajdujemy. Ulice regularnie są patrolowane przez stacjonujące tu wojska koalicyjne NATO. Zdaje się, że jesteśmy jedynymi osobami, na których żołnierze jeżdżący wozami opancerzonymi robią jeszcze jakiekolwiek wrażenie. W pobliżu wewnętrznej granicy Mitrovicy, podzielonej na część kosowską oraz serbską, patrole stają się coraz częstsze. Pomiędzy serbską i kosowską Mitrovicą płynie rzeka będąca wewnętrzną granicą. Nad nią, znajduje się most, który patrolowany jest z wieży obserwacyjnej przez francuskie siły zbrojne. Gdy wchodzimy na most, wojskowi przyglądali się nam przez lornetki, podobnie jak my im, oni nam także zrobili sporo zdjęć. Dlaczego? Bo wystarczy jedna, nie wielka prowokacja aby zwaśnione narody, mieszkające w jednym mieście wszczęły zamieszki.

Posterunek "graniczny" pomiędzy kosowską i serbską częścią Mitrovicy

Po jednej stronie granicy

Mitrovica jako pierwsze miasto (jeszcze wtedy) separatystycznej republiki, została zaatakowana i zrównana z ziemią. Ale tylko jej kosowska część. Serbska prowincja, zachowała się dalej taką, jak była wcześniej. Prawdopodobnie, jej architektura, budynki nie zostały zniszczone w czasie wojny. Tylko ulice są cichsze, ludzie jakby wyczekiwali na coś, co nie nadeszło. Na ulicy serbskiej Mitrovicy znalazłam jeszcze serbskie dinary, na rewersie oprócz daty – symbol Jugosławii. Historia wyraźnie nie potoczyła się tak, jak chcieli tego mieszkańcy, którzy wkraczające do Mitrovicy wojska serbskie przyjmowali z radością, a może i z wiwatami? W zamian za swoje oddanie, wszystko zostało na swoim miejscu. Wrażenie, że czas w tym miejscu się zatrzymał także jest bardzo silne.

Wracamy do kosowskiej części miasta (choć formalnie byliśmy w niej cały czas bo cała Mitrovica należy do Kosowa). Ulice odżywają. Ludzie spokojnie otwierają swoje sklepy, bazary są zatłoczone, ktoś handluje, ktoś właśnie przyszedł po zakupy. Targ trwa w najlepsze. Niczemu nie przeszkadza, że w tym samym czasie, swoją służbę pełnią także wojska koalicyjne stacjonujące w mieście. Ali twierdził nawet, że jest odwrotnie – to żołnierze patrolujące ulice wprowadzają spokój, to dzięki nim mieszkańcy czują się bezpiecznie.

Mijamy jeden z kościołów – ortodoksyjny kościół serbski. Jest zamknięty, więc obchodzimy go tylko dokoła. Ale zanim chcemy to zrobić, zatrzymują nas wojskowi. Pytają, kim jesteśmy, jako pierwsze przypuszczenie podając, dziennikarzy. Bo to właśnie oni najczęściej zapuszczają się w to miejsce ze swoimi aparatami. Lekko rozbawieni odpowiadamy, że dwójka z naszej trójki jest dziennikarzami. Jednak przyjechaliśmy tylko na wakacje. Z krótkiej rozmowy dowiedzieliśmy się jeszcze, że strażnicy dostali rozkaz pilnowania tego kościoła przez osiem godzin dziennie..Na wypadek zamieszek religijnych.

Oprócz zamkniętego kościoła, zapuszczam się w bliską okolicę. Długo nie szukam, gdy moim oczom ukazują się porośnięte już bujną roślinnością ruiny jakiegoś budynku. Pod butami trzeszczy pękające szkło, przede mną znajdują się zabarykadowane okna i porzucone worki z piaskiem – stanowisko strzeleckie. W pośpiechu, nikt tego nie usunął, a budynek sam jeszcze się nie zawalił. Jest to pierwsze tego typu miejsce, które spotykam w Kosowie i w Mitrovicy.

Robimy bardzo dużo zdjęć, chłoniemy to, co zdążymy zauważyć i wywieźć ze sobą. Mi konsekwentnie, zarówno w Prisztinie jak i w Mitrovicy nie pasuje jedna rzecz. W miejscu tak starym, wydawałoby się – tak ortodoksyjnym, pełnym muzłumanów, wszystko powinno być starsze niż możemy sięgnąć pamięcią. Tymczasem nic nie jest takim, jak powinno – w oszklonym budynku rodem z Europy Zachodniej odbija się meczet. W gwarze klaksonów, pisku opon i warczących silników, rozlega się co parę godzin głos muezina wzywającego wiernych na modlitwę. Obok zawiniętej w chustę muzłumanki, przechodzi dziewczyna w butach na wysokim obcasie i krótkich spodenkach. Czasem te dwie postaci, każda z innej epoki, idą razem.

Schematom utrwalonym w mojej głowie odpowiadają tylko kobiety, które idą z dziewczynkami. A mężczyźni z chłopcami. W najbardziej ruchomej części dnia, na ulicach częściej spotyka się mężczyzn, widzi w lokalach – choć ortodoksyjni muzłumanie nie piją w nich alkoholu. Na ulicach jednak jest ich zdecydowanie więcej o każdej porze dnia.

W całym Kosowie w ogóle nie spotkaliśmy zabytkowych budowli. Przez to, gdy wyjeżdżaliśmy dalej, miałam wrażenie, że coś umknęło naszej uwadze. Choć może było to tylko złudzenie powstałe na bazie innych wyjazdów za granicę. Gdzie na każdej wycieczce do innego kraju ogląda się starą cześć miasta i w ten sposób poznaje jego historię. Dopiero gdy zobaczymy budowle wiekiem sięgających kilku stuleci wstecz, dopuszczamy do naszej świadomości fakt, że to państwo naprawdę istnieje.

Tymczasem w Kosowie, nie ma żadnej starówki, budynków bardzo starych, kultowych miejsc do odwiedzenia. Historia dalej intensywnie się tam rozwija. Równie atrakcyjne co zabytki, stają się ludzie. Ci, którzy ukończyli dwadzieścia parę lat są już dużo starsi niż ich rówieśnicy, pamiętają to, czego nie zobaczą turyści. A turyści, spotkają zwykłych ludzi, jacy żyją tam na co dzień. Najbardziej niezwykłe jest wszystko to, co nazywamy codzienną rutyną.

Trudno jest wyobrazić sobie miejsce, które nie ma żadnej przeszłości. Odkąd Kosowo wybiło się na niepodległą republikę, musiało zacząć budować na nowo swoją tożsamość. Ale wzniesione parę lat temu w nowoczesnym stylu miasta, nawet za kilkadziesiąt lat nie osiągną takiego majestatu jak ich poprzednicy sprzed wojny. Stało się dla mnie jasne, że wojna to nie tylko agresja terytorialna, ale przede wszystkim odebranie prawa do istnienia symboli. Rewizjonizm sięga nie tylko po ziemię ale i jej dziedzictwo. Historia bez oparcia w dowodach materialnych ma przed sobą trudniejsze zadanie, szczególnie wtedy, kiedy dzieje się na naszych oczach. Zniszczone budynki, w miejsce których powstają zupełnie nowe. Zostają tylko ludzie i ich pamięć, którzy jeśli stworzą wszystko od początku – staną się narodem.

Ale z tym właśnie są kłopoty. Na Bałkanach, po rozpadzie wielkiej Jugasławii, głównym jej spadkobiercą została Serbia. W dosyć krótkim czasie, oderwała się od niej także Czarnogóra. Jednak różnica pomiędzy Kosowem a Czarnogórą jest taka, że matka Serbia uznała za legalne referendum w Podgoricy, w wyniku którego Czarnogóra stała się samodzielnym państwem. Pozwoliła jej istnieć. Inaczej niż w Kosowie, które jako państwo powstało dzięki uznaniu przez większość krajów członkowskich Unii Europejskiej. Kuriozalne jest to, że będące pod protektoratem Sojuszu Kosowo używa jako swojego symbolu żółtego skrawka ziemi na niebieskim tle, do połowy otoczonej gwiazdami. I jako swoją walutę, wprowadza euro. Podczas gdy to Serbia pretenduje do członkostwa w Unii Europejskiej, przez co uznaje sztucznie jej zdaniem stworzoną granicę państwową z Kosowem.

Do każdego miejsca prowadzą jednak dwie drogi. Nasza droga na Bałkany rozpoczęła się od przyjazdu do Lwowa. Moja, od poznania dokładnie, czym jest Europa Wschodnia i dlaczego Ukraina dotąd ma tak wielkie znaczenie geopolityczne dla swojego strategicznego partnera gospodarczego, niegdyś wielkiego imperium i Związku Radzieckiego.

Na Krymie do 2017 roku stacjonuje rosyjska Flota Czarnomorska. W czasie gdy Rosja była zaangażowana w wojnę w Gruzji to właśnie w Autonomicznej Republice Krymu wojska rosyjskie wykonywały swoje manewry wojenne.

Brak informacji o tym, kiedy i jakie okręty wojenne wpływają do portu, mimo woli wciąga Ukrainę w rosyjskie działania wojenne. W konsekwencji czego, prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko wydał dekret, zgodnie z którym zamiar przybycia do portu musi być zgłoszony władzom w Kijowie co najmniej 72 godziny przedtem.  Poza tym, w informacji mają się znaleźć dane dotyczące ilości przewożonych osób, sprzętu oraz broni. 

Przez to, jak kształtuje się imperialna polityka Rosji, Ukraina ciągle jest elementem jej strategii. Czas pokaże, jakie będą jej rezultaty.

Komentarze (2)
Polsko-Ukraińska ZUP(a)-czyli o Związku Ukraińców w Polsce

Obecność Ukraińców w Polsce w życiu publicznym często sprowadza się do dyskusji nad rokiem 1939 i 1945 oraz 1947. W rozmowie z Prezes przemyskiego oddziału Związku Ukraińców w Polsce Marią Tucką pytam o życie Ukraińców w Polsce, postrzeganie Ukrainy z perspektywy polskiej oraz problemy Związku.

Jest jeszcze wiele spraw, które do chwili obecnej nie są właściwie zbadane. My zawsze podkreślamy aby zostawić historię dla profesjonalistów, historykom którzy zbadają ją w sposób obiektywny i pozbawiony emocji, mówi prezes Tucka.

Na początku, prozę przyjąć moje gratulacje z powodu odzyskania przez Związek Ukraińców w Polsce (ZUP) z oddziałem w Przemyślu Ukraińskiego Domu Narodowego. Jak długo Związek starał się o zwrot tej nieruchomości?

- Budynek został wybudowany w 1904 roku, a jego budowa w całości została sfinansowana przez mniejszość ukraińską z Przemyśla i okolic. Jego celem była promocja kultury, oświaty i przedsiębiorczość. W 1947 roku miała miejsce Akcja Wisła, od tego czasu nasza społeczność przestała istnieć. Do 1949 budynek stał nieużywany, a potem przeszedł na rzecz skarbu państwa. Koniec lat 50tych to czas kiedy część przesiedleńców zaczęła powracać na swoje dawne ziemie, choć nie wiele osób faktycznie wróciło tam, skąd zostało wysiedlonych. To jednak duża większość osiedliła się w Przemyślu. Dziś sytuacja z domem narodowym jest rozstrzygnięta tylko częściowo. W 2004 roku budynek stał się własnością miasta. Jednak przez cały czas zawieruchy związanej z ustaleniem własności budynku, wszystkie remonty i prace konserwatorskie prowadzone były ze składek Związku.

Jak przebiega współpraca Związku z władzami miasta?

- Wiele się zmieniło, także miasto, w którym istnieje Związek Ukraińców w Polsce z oddziałem w Przemyślu. Często się podkreśla, że Przemyśl to miasto wielu kultur. Ale na drodze do prawdziwej wielonarodowości stoi wiele przeszkód. My jako oddział terenowy ZUP stworzyliśmy festiwal kultury ukraińskiej, który w Przemyślu został dwukrotnie zbojkotowany. W rezultacie tego, został przeniesiony do Sopotu, który przyjął nas z otwartymi ramionami. Niestety, w mieście słychać jeszcze sporo konserwatywnych głosów, a postawa niektórych działaczy uniemożliwia wiele ciekawych inicjatyw. Mimo tego, powodzeniem cieszy się m.in. taka inicjatywa jak Noc Ivana Kupały.

Jakie zaplecze instytucjonalne posiada oddział ZUP w Przemyślu?

- Nasz Związek administruje ukraińską szkołą z ukraińskim językiem nauczania, do której uczęszcza prawie 200 dzieci. Jest to zespół trzech szkół, podstawowa, gimnazjum oraz liceum. W Przemyślu istnieje także ukraińskie przedszkole. Ponadto jest wiele szkół wyższych z kierunkiem ukrainistyka. My także realizujemy swoje cele między innymi poprzez kształcenie młodzieży. Rezultaty są już widoczne w postaci naszej kadry dydaktycznej – coraz częściej są to absolwenci naszych szkół, którzy po skończeniu studiów, wracają do swojej szkoły ale już w roli nauczyciela. W ten sposób podtrzymywana jest bardzo silnie tradycja i rośnie poziom wykładowy.

Jak Oddział odczuł nagłośnienie sprawy z rajdem im. Stefana Bandery?

- ZUP nie był organizatorem rajdu, w związku z czym nie możemy ponosić za niego żadnej odpowiedzialności. Moim zdaniem środowiska kresowe, które w znacznej mierze nagłośniły tę sprawę – wywołały burzę w szklance wody. Nie możemy odpowiadać za wszystkich Ukraińców. Sama postać Stefana Bandery dla jednych z nas jest bohaterem, a dla drugich zbrodniarzem.

Jakie problemy z perspektywy Ukraińców mieszkających poza granicami kraju ma dziś Ukraina?

- Ukraina jako młode państwo demokratyczne, które ciągle nad tą demokracją pracuje i szła do przodu,ma jeszcze wiele do zrobienia, pozwólmy aby czas pewne sprawy rozwiązywał. Rzeczą nieodzowną jest to, aby Ukraina mówiła jednym głosem. Jeżeli ten głos będzie właściwy, wtedy mniejszości ukraińskiej poza granicami kraju również będzie łatwiej.

W czasie Pomarańczowej Rewolucji Związek Ukraińców w Polsce był obserwatorem jej przebiegu oraz wielu jego członków, wspierało rodaków na majdanie. Co się od tamtego czasu zmieniło?

- Cieszyliśmy się radością tych, którzy mieli świadomość tego, co ma miejsce. Potem, skończył się czas demonstracji i należało przejść od słow do czynów, Czynów zabrakło. Pomarańczowa rewolucja była w całej historii Ukrainy ewenementem. Był to moment niezbędny do tego, aby otworzyć drogę do kształtowania się świadomości i demokracji. Oraz otworzenia się na świat Ukraińców, którzy przez długi czas byli izolowani, a potem sami o ten kontakt nie zabiegali. Dzięki Pomarańczowej Rewolucji Ukraina powróciła do świadomości całego świata.

Polska jako państwo sięga swoją historią do X wieku, natomiast Ukraina która była ciemiężona przez wiele wieków i nie miała swojej państwowości, dopiero od 18 lat kształtuje swoją demokrację.

Czy ZUP który ma siedzibę w Polsce nie związany codziennymi problemami bytowymi nie mógłby się przyłączyć do współpracy ponad granicami?

- Istnieje spory problem z przekraczaniem granicy polsko-ukraińskiej. Jako Związek Ukraińców w Polsce twierdzimy, że działania na rzecz ruchu przygranicznego sprzed okresu wprowadzenia wiz były dużo szersze niż działania, które podejmowane są obecnie. To nie tylko ograniczenia w dziedzinie działalności kulturalnej ale także gorsza współpraca w sferze gospodarki i oświaty. Wcześniej organizowaliśmy wiele różnych wyjazdów dla dzieci i dorosłych. Na chwilę obecną także prowadzimy takie działania. Ale już nie na taką skalę jak kiedyś. Mamy tu do czynienia ze sprzecznymi sygnałami. Z jednej strony, ust decydentów politycznych często padają deklaracje o strategicznym partnerstwie pomiędzy Polską i Unią Europejską a Ukrainą. A po drugiej stronie, wsparcie dla wielokulturowości i różnorodności, które w praktyce nakazuje pewne ograniczenia. Myślę, że należy dążyć do tego aby granice w ramach strefy Schengen zostały zniwelowane. Choć mam świadomość tego, że na chwilę obecną jest to nierealne.

Dość liczne grono Ukraińców mieszkających w Polsce przybyło tutaj w poszukiwaniu lepszego życia. Są to nauczyciele, lekarze, którzy chcieli poprawić swój komfort życia.

Przyjeżdżając ze Lwowa do Przemyśla na spotkanie z Panią, na granicy spędziłam prawie 2 godziny. Poza tłumem na granicy, nie mam jednak problemu z wjazdem na Ukrainę takiego rodzaju, jak mają Ukraińcy wjeżdżający do Polski. W kolejce do polskiego konsulatu ustawiają się gęste kolejki, w których ludzie zapisują się na listę kolejkową, która jest sprawdzana kilka razy dziennie. Następnie osoby, które w czasie odczytu nie stawią się na miejscu, spadają na koniec listy. Są nawet Ukraińcy, którzy handlują miejscem w kolejce..

Jedno z przysłów ukraińskich mówi, że Ukrainiec ze wszystkiego potrafi zrobić interes. Ale poza tym myślę, że jest to dużo większy problem braku świadomości prawa. Dzieje się tak również dlatego, że Ukraińcy muszą zarobić coś jeszcze aby godziwie żyć. Przez to pojawiają się osoby sprzedające coś, co powinno być bezpłatne, a osoby nieświadome swoich praw często za to płacą.

Poza tym, są to też problemy braku znajomości wymogów formalnych. Wielokrotnie rozmawiałam i kontaktowałam się z konsulatem polskim we Lwowie, który wskazywał na braki w dokumentach. Co też wpływa na niekorzyść podających wnioski.

Jakie Pani zdaniem, z punktu widzenia Ukraińców mieszkających w Polsce rysują się perspektywy Ukrainy w Europie?

- Dzisiaj, z perspektywy Ukraińców mieszkających w Polsce, na przebieg Pomarańczowej Rewolucji patrzymy bardziej z dystansu. A także, na wszystkie problemy Ukraińców mieszkających w kraju, ich problemy socjalne, społeczne i ogólno bytowe, które nas bezpośrednio nie dotyczą. Mamy świadomość tego, iż do globalnej zmiany polityki i podejścia polityków będących gdzieś na najwyższych szczeblach w Ukrainie, trzeba dobierać ludzi nieskorumpowanych i będących patriotami w pozytywnym znaczeniu tego słowa, wtedy naród pójdzie za głosem swoich przywódców. Do tego potrzeba jednak czasu.

Dziękuję z rozmowę

Komentarze (0)
Polacy we Lwowie

O Ukrainie, Ukraińcach i Polakach we Lwowie, rozmawiał ze mną prezes Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej we Lwowie Emil Legowicz.

Jego zdaniem, w stosunkach polsko-ukraińskich nie mówi się o Lwowie, który nadal pozostaje tematem tabu. Mimo tego, że każdy dzisiaj sobie zdaje sprawę, że Lwów jest miastem ukraińskim i nikt nie ośmieli się podważyć prawa międzynarodowego. Polacy już nie mają prawa do tego miasta i Polacy mieszkający we Lwowie są tego świadomi, mówił Legowicz w czasie wywiadu.

Kiedy i w jakim celu zostało powołane Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej we Lwowie?

TKPZL to największy związek Polaków na Ukrainie liczący ponad 15 tysięcy członków i 22 oddziały na ziemi lwowskiej. Towarzystwo powstało w czasach pierejstrojki, gdy zmienił się klimat polityczny. I zostało założone nie z myślą o tym, żeby robić polityczny zamęt, tylko aby odrodzić tożsamość narodową. A Polacy mieszkający tutaj oprócz kościoła, mieli także świecką organizację; nie czuli się obco w tym państwie, ale Polak tu mieszkający wiedział, że ma historyczne prawa w tym mieście i coś do powiedzenia.

Jak na działalność Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej wpływają polityka Polski i napięcia pomiędzy naszymi krajami?

Bolesnym jest dla mnie, kiedy ktoś spekuluje na temat oderwania Lwowa od Ukrainy i zbija na tym swój kapitał polityczny. Polakom we Lwowie jest bardzo przykro z tego powodu. Co więcej, władze miasta separują się od Towarzystwa Polaków, nie mają miejsca ani czasu na żadne spotkania, nie prowadzi się dyskusji aby osądzić sytuację Polaków tu pozostałych. A przecież historyczna przynależność tego miasta i Polacy się mu zasłużyli.

Co do stosunków naszych państw, bardzo się cieszę, że Ukraińcy w Przemyślu wywalczyli dla siebie Dom Narodowy. Przykrym jest tylko, że im się udało, a nam nie. Związek Polaków nie pcha się w politykę pomiędzy naszymi krajami. Mamy świadomość tego, że Polska ma bardzo dobre relacje z Ukrainą. A my w żaden sposób nie chcemy ich psuć ani na nie wpływać.

Jakie przedstawicielstwo w strukturach władz miejskich ma Towarzystwo Polaków?

Nas, w prawie milionowym mieście jakim jest Lwów, jest bardzo mało. Nie mamy jednak prawa być wybieranymi na radnych ani nie posiadamy swojej reprezentacji we władzach miasta. Jesteśmy za bardzo rozproszeni w całym okręgu. Nasza organizacja zawsze była łącznikiem kulturalnym pomiędzy Polską a Ukrainą, bo kultura łączy i zbliża nas do siebie najbardziej.

Gdybyśmy mieli swojego przedstawiciela w Radzie Miejskiej, walczylibyśmy wtedy o swoje postulaty, takie prawo daje nam Konstytucja Ukrainy. Niestety, nie mamy ani jednego przedstawiciela w RM. A ja jako prezes 15-tysięcznej organizacji nie mogę się spotkać z prezydentem Lwowa od trzech lat, bo nie ma nigdy czasu ani możliwości. Za to, w czasie trwania kampanii wyborczej, drzwi do Związku Polaków się nie zamykały, przychodził tutaj i agitował aby Polacy na niego głosowali.

Jak Pan sądzi, dlaczego wciąż żywy jest sentymentalizm Polaków pozostających we Lwowie?

Starsi ludzie, którzy pozostali we Lwowie, to w przeważającej mierze nie są osoby wysoko wykształcone. Urodzili się we Lwowie i tak jak całe ich rodziny mieszkają tu od kilku pokoleń. Naturalnym jest więc, że takie osoby chciałyby widzieć Lwów w swojej ojczyźnie. A osoby wykształcone już dawno wyjechały ze Lwowa. Osób z wyższym wykształceniem wśród Polaków we Lwowie (Prezes konsekwentnie mówił, że nie są polonią ale Polakami) pozostało bardzo mało. Młodzież w ogóle już nie wnika w temat separatyzmu Lwowa i pozostawia go z boku. Starsi mogą sobie jedynie pogadać, pomarzyć dzieciństwie swoim i swoich rodziców.

Jakie jest Pana zdanie na temat rajdu Stepana Bandery? Całej tej sprawie towarzyszy skandal z pomówieniem o wyłudzenie wiz przez Ukraińców, ale w tle obecna jest postać Stepana Bandery.

Rajd Stepana Bandery był testem na reakcję Polaków w Polsce, czy dojdzie on do skutku. Gdyby tak się stało, Ukraińcy próbowaliby forsować swoją politykę w stosunku do Polaków dalej. Nie będę komentował tego, kim dzisiaj dla Ukraińców jest Bandera, bo nie mam do tego prawa. Jeżeli on jest dla nich patriotą, to moim pytaniem jest, dlaczego postawiony we Lwowie pomnik Bandery pilnowany jest przez całą dobę przez milicję?

Kiedy wybuchł skandal z rajdem Bandery, jeden z dziennikarzy pytał się mnie o to, jak się zapatruję na tę sytuację. Powiedziałem, że szanuję niepodległą Ukrainę, szanuję także wszystkich, którzy o tę niepodległość walczyli, zarówno w roku 1918 i później. Ale nigdy nie będę popierał Bandery jako bohatera narodu ukraińskiego. Jeżeli przyjmujecie że bohater ma po łokcie ręce w krwi, który mordował staruszki, kobiety i małe dzieci, w czasie gdy polscy mężczyźni walczyli na wojnie. A on, w tym czasie palił polskie wsie, siekierami rąbał ludzi, wyżynali ciężarne kobiety. Dla was jest to bohater, a dla nas on bohaterem nigdy nie będzie.

Szanuję każdego, kto walczył o niepodległość Ukrainy, ale niepodległości nie zdobywa się siekierą, nie morduje się w tej walce niewinnych ludzi.

Na kogo będzie Pan głosował w następnych wyborach?

Naturalnie, będę głosował na osobę pro zachodnią, demokratyczną, która jest daleka od Rosji. Okres przyjaźni z Rosją już przeżyliśmy. Nie będę więc głosował na Janukowycza, który jest prorosyjski. Nie opowiem się także za Juszczenką. Prawie 30 procent Polaków siedziało w Kijowie w czasie Pomarańczowej Rewolucji. Ale Juszczenko sprzedał zdobytą tam demokrację. Zniszczył wszystko co było demokratyczne. Mógł się kłócić z Julią Tymoszenko, kłócić się z każdym w pokoju, ale do ludzi trzeba wychodzić uśmiechniętym i rozwijać dalej demokrację. Teraz to wszystko zostało zniszczone.

Czy na Ukrainie i we Lwowie w szczególności obecny jest nacjonalizm? Jeśli tak, to w jakiej formie wpływa na działalność Związku?

Obecny nacjonalizm ukraiński uniemożliwiłby otworzenie jakichkolwiek szkół polskich we Lwowie i w Ukrainie w ogóle, ani nie zostałyby im przekazane żadne kościoły. Wszystkie te instytucje, które zostały przekazane Polakom we Lwowie – nastąpiło to jeszcze za czasów Związku Radzieckiego i taki stan po prostu trwa nadal. Nie wynika to jednak z dobrej woli włodarzy miasta.

W Polsce mniejszość ukraińską wspiera bardzo mocno rząd. Imprezy kulturalno-oświatowej finansowane są przez Senat RP. I to są sumy bajeczne dla nas. Państwo ukraińskie nie finansuje naszej organizacji w żaden sposób.

Sytuacja Polaków na Ukrainie, szczególnie w Ukrainie Zachodniej jest bardzo trudna. Jedno niefortunne słowo powoduje lawinę oskarżeń o antyukraińskość, tendencje nacjonalistyczne. My nie jesteśmy nacjonalistami, tylko Polakami. A w moim przekonaniu, Polacy zawsze wybaczają.

Domyśla się Pan, dlaczego taka jest reakcja na Polaków w Ukrainie i we Lwowie?

To jest zazdrość. Polska zawsze posiadała niepodległość, pomimo, że były rozbiory, nasz kraj może się pochwalić bogatą historią. Ukraińcy państwa swojego nie mieli, nie mają długiej historii, przypisali sobie naszą. Ale historię każde Państwo musi budować na prawdzie. Wtedy będzie to państwo sprawiedliwe, szanowane i lubiane.

Polacy zbudowali to miasto ale nie mają dziś pretensji, mieszkają tutaj i oczekują szacunku dla siebie. Oraz zapewnienia normalnych warunków, w których funkcjonuje polska oświata, dom narodowy w którym mogą się spotykać Polacy.

Czego mogłabym życzyć Panu oraz Towarzystwu Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej we Lwowie? 

Ja bym sobie życzył tylko jednego i życzę tego wszystkim Polakom mieszkającym we Lwowie. Żebyśmy dożyli takiego czasu, w którym Ukraińcy zrozumieją, że wielowiekowa historia naszego wspólnego życia powinna owocować a nie stwarzać niedomówienia i pretensje, które biorą się z niesprawiedliwości historycznej.

Dziękuję za rozmowę

Komentarze (3)
Duży może więcej, czyli o mniejszości polskiej we Lwowie

Problemy mniejszości narodowych na Ukrainie, a dokładniej - mniejszości polskiej we Lwowie to niewyczerpane źródło tematów i inspiracji.

Nie mam tu jednak na myśli sporej części polskich turystów we Lwowie, którzy przyjeżdżając na kilkudniową wycieczkę, czują się jak u siebie..Chciałam za to poruszyć sprawę narodowości Polaków mieszkających we Lwowie oraz ich codziennych spraw..

Gdy dzwoniłam po raz pierwszy do Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej (TKPZL) chcąc się umówić z jego prezesem na wywiad, w słuchawce usłyszałam nieprzyjemny głos, jakby lekko podirytowanej kobiety mówiącej po polsku, z wyraźnym ukraińskim akcentem.

 - Nie wiem, kiedy prezes wróci. Nie ma sztywnego planu dnia i często wychodzi z biura..

- Nie, nie mogę do pani oddzwonić kiedy prezes będzie dostępny. Proszę zadzwonić innym razem..

Któregoś dnia przyszłam więc o 14, od której zaczyna swoją pracę Związek. W poczekali było już kilka osób, a w gabinecie jeden gość. Podjęłam nieśmiałą próbę zagadania prezesa, aby tylko umówić się na wywiad. Do drzwi rozległo się pukanie, a zaraz po nim nieprzyjemny i szorstki głos: Proszę wyjść. Nie widzi pani, że mam gościa?

Wróciłam do poczekalni, gdzie nawiązałam w tym czasie rozmowę z dwójką innych petentów. Po upływie prawie dwóch godzin, w czasie których obsługiwany był jeden gość, drzwi uchyliły się ponownie. Poprosiłam zaprzyjaźnionych już interesantów, czy mogę wejść poza kolejką aby umówić się na spotkanie na inny dzień.

Weszłam do środka i zobaczyłam biurko zarzucone papierami, szefa TKPZW z palcami poplamionymi od atramentu. Wyjaśnienie, w jakiej sprawie przyszłam i czego chcę, zajęło mi minutę.

Gdy przyszłam następnego dnia na umówione spotkanie, szef związku Polaków stawił się na nie punktualnie. A naszą rozmowę czasem tylko przerywały otwierające się drzwi, zza których wyłaniali się kolejni petenci: po pieczątkę, po złożenie dokumentów na paszport.

Prawdą jest, że podczas telefonicznej próby umówienia się na spotkanie, nie przedstawiłam się jako dziennikarka, ani nie powiedziałam, że chcę przeprowadzić wywiad. Liczyłam za to, że dzięki temu zostanę potraktowana tak samo jak każdy członek stowarzyszenia, który się do niego zgłasza. I w formie adnotacji do reportażu, załączę kilka ogólnych wrażeń z pobytu w TKPZL.

Moim zamysłem było zrobić dwa wywiady - z szefem jednego z towarzystw zrzeszających Polaków we Lwowie. A wnioski z niego płynące, skontrastować podczas spotkania w towarzystwie mniejszości ukraińskiej w Przemyślu. O tym, jakie w zarysie są stosunki pomiędzy mniejszościami ukraińską i polską a mieszkańcami miast, już niebawem..

 

Komentarze (2)
Jeden kraj, kilka języków

Największym zdziwieniem na Ukrainie ciągle jest język. Obecny w mediach, na ulicy. Mało tego, że w kraju tym używa się dwóch języków jako równorzędne, są także regiony w których w ogóle mało kto zna ukraiński..jak np. w Zakarpaciu.

Podczas ćwiczeń wojskowych w Jaworzu, znajomy z radia podszedł do żołnierza z Zakarpacia i zadał mu kilka prostych pytań - co się odbywa, jaka jest ich rola..Odpowiedź jaka padła mocno mnie zdziwiła.

- maje dwa mahazyny, bum, bum, bum...

O tym, że ukraiński w niektóych regionach jest w defensywie, często się mówi. Ale i tak każde spotkanie z przypadkiem, w którym rodowity Ukrainiec zna swój jezyk gorzej ode mnie, jest dla mnie dziwne..

Językiem biznesu..

Ukraina w stopniu, w jakim dała mi się poznać, to kraj pełen kontrastów. Jest jednak we wszystkich zaskakujących wydarzeniach wspólny mianownik jakim jest ekonomia.

Media są silnie uzależnione od stanu gospodarki, rynku reklam. To, czego nie zrobi upolityczniony właściciel, zrobi ekonomia. Tak też się stało z jednym - a może jedynym (?) w pełni niezależnym radiem we Lwowie. Standardy polskie przeniesione prosto do stolicy Zachodniej Ukrainy wyglądały naprawdę dobrze, a słuchalność (w środkach komunikacji miejskiej, w różnych innych miejscach) była wysoka.

Po raz kolejny jednak okazało się, że dopóki Ukraina nie jest stabilna gospodarczo, bez potrzebnych reform, nie będzie możliwym rozwijać tutaj niezależnych mediów, a tym samym, społeczeństwa w pełni demokratycznego.

A tu klasyczna mowa ciała...jeden z dziennikarzy podczas spotkania w Jaworzu

Komentarze (4)
Ćwiczenia wojskowe w ukraińskiej armii

 Czasem wystarczy jeden telefon, przypadkiem znaleziona wizytówka lub odrobina szczęścia. Dzięki takiemu zbiegowi okoliczności, parę dni temu trafiłam do lwowskiego radio.

Do tego, gdy okazało się że Szymon jest Polakiem – to właśnie z nim nawiązałam pierwszy kontakt. Mimo, że na pierwszym spotkaniu z szefową, rozmawiałam po ukraińsku. I teraz używam go już niemal bez przerwy. Prościej było mi jednak wszystko opisać w mailu, być pewną siebie i umówić się na spotkanie.

Teraz, gdy się spotykamy w redakcji, w przerwie rozmawiamy ze sobą po polsku. Poza tym, cały czas otacza mnie ukraiński. I ukraińscy dziennikarze.

Trzeciego dnia mojego stażu, razem z A., zostaliśmy wysłani na briefing do Jaworza, gdzie znajduje się poligon wojskowy. To tam na spotkanie przyleciał dowódca oddziału zajmujący się szkoleniem żołnierzy. Po raz pierwszy od 5 lat w Jaworze odbyły się podobne ćwiczenia. Dodatkowo, w treningu wzięli udział wojskowi z regionu Zakarpacia. Z tej okazji poligon został otwarty dla dziennikarzy.

Widok na wejście na poligon

Przybycie najważniejszego gościa

Początek konferencji prasowej

Ćwiczenia wojskowe w powietrzu.

Komentarze (1)
Dyplomatyczny skandal w stosunkach polsko-ukraińskich

W stosunkach polsko-ukraińskich powróciły jak nowe stare problemy. Polski Sejm w uchwale przyjętej 15 lipca pisze o „tragicznym losie Polaków na Kresach Wschodnich”. W odpowiedzi na to, Lwowska Rada Obwodowa niemal jednomyślnie, 88. głosami „za” przyjęła oświadczenie, w którym deputowani domagają się użycia sformułowań bliższych prawdzie. Zachowanie takiego zapisu ustawy będzie traktowane przez władze Lwowa jako zgłoszenie roszczeń terytorialnych.

Wszystko to dzieje się w cieniu niedawnego konfliktu, w którym ukraińscy uczestniczy młodzieżowego rajdu rowerowego Europejskimi śladami Stepana Bandery nie zostali wpuszczeni do Polski. Również w tej sprawie lwowscy radni skierowali wniosek do Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Kijowie oraz amsadady ukraińskiej w Warszawie.

Deputowany Ostap Kozak, reprezentujący w lwowskiej radzie blok premier Julii Tymoszenko zwrócił uwagę, że taka decyzja jest rezultatem działalności organizacji kresowych o szowinistycznych poglądach, a ich ucieleśnieniem jest szara eminencja polskiej polityki ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

Ukraińskie media zwracają uwagę na fakt, że w sporze zabrakło współpracy środowiska polonijnego z władzami Lwowa, które zarzucają Polakom nakłanianie rządu polskiego do tego, aby nie wpuszczać uczestników rajdu do Polski. W komentarzach lwowskich radnych pojawiają się określenia, że strona ukraińska nigdy nie zachowywała się w tak nieprzyjazny sposób wobec Polski. A także, że nikt nie zabrania odwiedzania cmentarza Łyczakowskiego we Lwowie, nie pyta o „dobrą lub złą wolę”i nie zabrania polskim delegacjom w używaniu rozmaitej symboliki.

- Nikt nikomu nie ma prawa narzucać własnego poglądu na historię i rolę w niej poszczególnych osobowości. Mamy nadzieję, że nasi sąsiedzi z zagranicy nareszcie to zrozumieją”.

Już w lipcu 2008 roku Polskie Stronnictwo Ludowe zgłosiło podobny projekt rezolucji: „W sprawie uczczenia 65. rocznicy ludobójstwa dokonanego na ludności polskiej Kresów Wschodnich II RP”. Wtedy jednak nie doszło do głosowania, któremu sprzeciwił się marszałek Bronisław Komorowski, mając także w tej kwestii poparcie innych klubów parlamentarnych.

 

Komentarze (8)
1 | 2 |